wtorek, lipca 09, 2013

nalew

tegoroczne nalewy czas zacząć! 
binder bimber bender 
jak zwykle czuwa nad całym procesem produkcyjnym.
na pierwszy ogień poszły maliny wg przepisu jednego z laureatów świętokrzyskich nalewek. 
w skrócie: 
tydzień w spirytusie 96 proc., 
tydzień w gorzole i 
tydzień w miodzie wielokwiatowym (niepochodzącym z "różnych krajów UE").
a potem w ciemność
ubiegłoroczna nalewka z aronii wciąż dojrzewa [sic!].

środa, lipca 03, 2013

leber. i to fest!

wstyd, gańba! 
żeby przez bity rok nie napisać nic. 
NIC! 
zaprzaństwo samego siebie i patologia czająca się zza ramienia: 
"..teraz już będę pisać" - bardziej obłudne, 
niż postanowienia noworoczne, z których pokpiwam sobie wsłuchując
się w styczniowym mrozie. 

no i przyszła kryska. żadnych deklaracji. 
ale tak po cichu: jest radość (;
jeszcze jakiś obrazek, a co!


święconka AD 2013. bo mirka była w pracy.

ps zresztą, o tytuły nie walczę, a statystyki mówią, że (prawie) nikt nie zagląda.
ale Prawie zawsze ma prawo też się oburzyć.
jop.

wtorek, lipca 10, 2012

gorko. i to fest!

porzeczki i wieprzki słodkie i rumieniste. dzień wyczerpuje pobudką i snem z winem z lodą i cytryną. a do tego burze, burze, burze. upragnione lato. nieprzewidywalnie przyjemne. chociaż nawet zdarzą się narzekacze (: a jak! ja lato mam pracowite na tyle, że całą przyjemność relaksu zostawiam sobie na jesień! bo to i dobry moment. aura zaś pozwala wątpić, że zabraknie złotej polskiej. październik to jest to. jedynie ceny warzyw i owoców wkurwiają, ale o ekonomii nigdy nie pisałem i pisać nie chcę. lepiej uczyć się stosować ją w praktyce! i zachciewa mi się pisać!!! hej, ho! pozytywnie i szczerze zazdroszczę w tym lecie tyLko gvalchmeiowi z małżonką, bo wyjechali na wakacje nieprzywoicie miłe: morze, plaża, namiot. i święty spokój! odpoczywajcie (: a binder się zakochała! ma amanta, co łazi pod okno z kuchni i miauczą sobie. niewdzięczna dziewica xD TEOFIL OCIEPKA!
foto z netu. autor: Eustachy Kossakowski

piątek, maja 04, 2012

MCA rest in peace.

jestem koszmarnie zmęczony trwającym pernamentnie remontem, a efektem tego jest m.in. powolne przeradzanie się mojej strony na usługach firmy g. w mały nekrolog (bo to impulsy). mógłbym też napisać że to, co najciekawsze i autorskie, i kreatywne - dopiero się ukaże. ale to nie czas i miejsce. dzisiaj karma postanowiła po długim czasie choroby doprowadzić do ostatniego dnia MCA (retoryka fikcyjnego Earla). każdy z nas umrze i tyle. dzisiaj zmarł Yauch. jeśli wierzył w to, co głosił - nie był zły. bo wie, że wróci. ale to, czego dokonał, wystarczy dla wielu ludzi. punk rock to nie rurka z kremem. śpij i wracaj. po wielokroć. a nowy jork zasługuje dzisiaj na wielki deszcz. kurwa mać. czterdzieści siedem lat...
foto za: http://beastieboys.com/ (4 maja 2012)

wtorek, kwietnia 10, 2012

niebieeescy!

piątek, marca 23, 2012

nareszcie.

knock, knock! ? spring!

niedziela, grudnia 18, 2011

żegnej Vaclavku (:

piwka już razym niy wyżerymy, ale w ogóle sie niy przejmuja. boś boł, jest i bydziesz! bo na wiosna postawia Ci piwko na płycie. howgh!

piątek, września 23, 2011

jesień

piątek, lipca 22, 2011

bez manifestu

wtorek, czerwca 21, 2011

promienie*

"(...) tutaj słońce świeci.. .inaczej."

*sokół.

piątek, maja 27, 2011

páteční klid

czwartek, maja 26, 2011

pasi. komiczny wieczór (:

środa, maja 25, 2011

f.ontanna



dzisiaj w kato, w lokalu 'kultowa' projekcja pierwszego filmu pasikonika "sezon na lwy". na obraz składają się materiały nakręcone podczas spacerów autora po świecie. moim faworytem wśród włóczykijów pasikonik stał się w chwili, kiedy samotnie przez dwa miesiące pracował i sprawował samotnie nadzór nad sadem mandarynkowym w boliwii. na projekcji można zakupić również dvd wymienionego obrazu. wjazd free! enjoy! a w ogóle.. jakoś weselej!

pasikonizm, czyli jak przebimbać sobie życie!


piątek, maja 06, 2011

po pierwsze: parias

środa, kwietnia 27, 2011

Pan Karp na Wielkanoc

Bo takie to były święta!

piątek, kwietnia 15, 2011

war saw...

i inne techniki wojen weekendowych.
kurak podobno zajarany, że jutro wieczorem latamy po warsaw. nuti wobec tego raczej przerażona. chowajcie pałac, zwijać wisłę i królikarnię. jarosław księżycowy na dwa dni do terapeuty. jutro miasto jest 30 cm pod naszymi stopami (:
i pierwszy raz od kilku lat opuszczam ostrego w mega clubie - na płytowej trasie. ech!

niedziela, kwietnia 03, 2011

legła. legła warszawa!

środa, marca 30, 2011

Miła ma..

kłopoty. Razem z Gabrysią uciekły 14 stycznia od Miki. A ja 29 marca czytam o tym artykuł w Polsce. Trzeba coś zrobić.


"The Raven", Lorenzo Mattotti i Lou Reed, ołówek i pastele, 30 x 30 cm, 2009

piątek, marca 18, 2011

na dniach ten dzień


wiosna za winklem. trochę nonszalancko parę dni temu objawiła się to tu, to tam. wczoraj w pracy zmaterializowaliśmy marzannę; biedaczka ma łuskę z lugera 8mm w głowie i całe jestestwo przygotowane na dobre palenie: papier i szmaty. jest pejoratywna do łyka sztyla i nie ma szans na uchylenie się przed nienawiścią do odchodzącej zimy - zupełnie bezbarwnej w tym roku, jak mało kiedy wcześniej. gdyby nie składanki isos, byłaby do tego mroczniejsza. jedynym przyjemnym akcentem tegorocznej zimie były spacery po plaży (odnoszę się tylko do aury!). ech! (:

wieczorem pakuję romana do plecaka i rano śmigam do malmo. wszyscy pukają się w czoło, ale w końcu nikt nie potwierdził, że nie spotkam wiosny w skanii. najwyżej sobie uszy odmrożę. mam 3 dni na przedostanie się do kopenhagi nad sundem. drżyjcie żurawinopijcy!

czwartek, marca 03, 2011

pyk!

tkst

wtorek, lutego 22, 2011

a

za miesiąc wiadomo. wiosna (:

i co dwie nogi miewa

niedziela, lutego 13, 2011

przygoda nie śpi..

a jeśli już, to przycina sobie drzemki na salmopolskiej przełęczy.

piątek, lutego 11, 2011

palindromowo i wstecz

czwartek, lutego 10, 2011

gdyni na 85. urodziny

a pierwotnie:
nuti, benton i daniel...
czyli o miłości kobiet do kineskopowych gogoli xD

środa, lutego 09, 2011

pinacotheca silesia I

planetarium śląskie,
chorzów,
wojewódzki park kultury i wypoczynku, 9 II 2011 r.
proj. zbigniew solawa.
otwarcie: barbórka 1955 r.

wuzetka:
a co tu pisać! kto pojedzie od strony stadionu wtopi. wjazd od telewizji kato.

wtorek, stycznia 25, 2011

warszawa 21.15

Kiedy - jak w mordę strzelił - rok temu stałaś razem ze mną i z Piotrulą na peronie 4 dworca centralnego obiecałem sobie, że jak przetrwam ten rok, napiszę te słowa.

za to, że 367 dni temu (nie wiem jak przekonałaś grzesia do tej podróży) wsiadłaś do samochodu, jechałaś w zajebistych śnieżycach, zabraliście mnie z pracy, zjedliście obiad na świonach, wsadziliście mnie do samochodu i zawieźliście na młociny jadąc krajową jedynką koloru białego śniegu o grubości 5 cm...
dziękuję Nuti. nigdy nie zapomnę.

Paulino Emily Nuti Żesz W Mordę Kabuuum. każdemu człowiekowi życzę takiego helpdesku.

możesz na mnie liczyć (:

poniedziałek, stycznia 24, 2011

Woody Allen w Katowicach!!!

...albo kim tu jest guru, i dlaczego nie autorytet, ani idol.


nemo patiens, sini sapiens. kiedy dwa lata temu i parę tygodni wstecz usłyszałem, że pod koniec grudnia woody allen przyjedzie do warszawy razem ze swoim new orleans jazz band byłem skrajnie przygnębiony. primo: tego samego roku w lipcu byłem już w sali kongresowej razem z ekipą z Fryny na koncercie wspaniałej jill scott i nie szczypaliśmy się - drugi rząd rządził (a do historii przeszła anegdota o wedlu strzelającym z kciuka do macieja zakościelnego i natalii okruszek kukulskiej siedzących trzy rzędy dalej). secundo: bilet w strefie vip kosztował bodaj sześćset zyla, transport do warszawy to minimum sto dziesięć zyla, a bilety tańsze wyprzedano na przysłowiowym pieńku. tertio: zważając na termin występu "po świętach" oraz "przed sylwestrem i wypłatą", wyprawa musiałaby wiązać się z rozpoczęciem nowego roku 2009 z saldem ujemnym, a to nie byłoby odpowiedzialne działanie. nawet jak na mnie.
przygnębienie to wynikało z faktu, że woody wiek już swój ma i w każdej chwili mógłby powiedzieć: nie jedziemy już nigdzie grać!
nie będę pisał więc, jak czułem się dzisiaj, kiedy katowicka wyborcza napisała, że na zaproszenie biura organizacyjnego europejskiej stolicy kultury katowice 2016, w trzeci dzień wiosny, w górnośląskim centrum kultury wystąpi właśnie On.
zdaję sobie sprawę, że przez cały luty i marzec mogę jeść tylko chleb maczany w oleju rzepakowym i zagryzać żółtym serem, ale w sumie nie jest to tak tragiczna perspektywa, jak wegetowanie na polskich dyskontowych pseudozupkach chińskich. ważne, żeby kotka nie ucierpiała (mimo, że dwa razy już obejrzała ze mną "manhattan" i zasnęła zblazowana, a w ubiegłym tygodniu - kiedy zaśmiewałem się po raz n-ty w trakcie "jej wysokość afrodyta" - rozłożyła się na klawiaturze laptopa przysłaniając ekran. cała Binder.
w każdym razie: cieszę się niesamowicie i jak rozpoczynam akapit, tak kończę: nie jest mądry ten, kto nie jest cierpliwy. wierzę, że moja nauka cierpliwości pozwoli mi choć trochę być mądrzejszym. no i doczekałem się woody'ego u matki silesii. i nie graj wagnera, na Boga! xD


jeśli chodzi o drugą część tytułu dzisiejszego posta, zachowam się trochę ckliwie i pozwolę sobie przy okazji informacji o allenie stewarcie konigsbergu wspomnieć o dwóch pozostałych z trójki moich osobistych guru amerykańskiej kultury: eddiem vedderze i kurcie vonnegucie juniorze. dlaczego guru? bo zawsze traktowałem ich dokonania (a nie ich samych) jako wspaniały drogowskaz po filmie, muzyce i literaturze. bo dzieł dopuścili się wielokrotnie. w kulturach religii dalekiego wschodu guru jest światłem prowadzącym podróżnika, przewodnikiem; nie jest idolem ani autorytetem. autorytetem mi tata, idolem Bóg (a bałwochwalstwo, czyli idolatria jest grzechem). budda mówił, że słowa jego należy sprawdzać, jak złotnik sprawdza kruszec i nie jest jedynym, który ma rację.
wszyscy trzej wymienieni od dzieciństwa (podstawówki, kiedy prawie równolegle trafiłem na nich w trakcie mojej eksploracji kultury) nigdy nie mogli liczyć na moją bezkrytyczność. najczęściej jednak moje postrzeganie świata bliskie było temu, co wyrażali poprzez swoje dzieła. istotna tu jest liczba mnoga, ponieważ nie mówimy tutaj o artystach jednego sukcesu (to nie jest zarzut - harper lee i william golding są tego najlepszymi przykładami).


nie wyobrażam sobie lepszego humoru niż ten, który od kilkudziesięciu lat prezentuje woody allen; dzięki niemu platonicznie zakochałem się w nowym jorku (u scorsese już dawno byłbym trupem). oglądałem "manhattan" kilkadziesiąt razy i wciąż widzę coś fajnego - fragment ulicy, detale miasta, spacery nad rzeką hudson, kolacje w knajpach. dzięki czołówkom z filmów allena i ścieżkom dźwiękowym do dzisiaj nabardziej lubię jazz orkiestrowy, klasyczny. trudno mi było zrozumieć przeprowadzkę jego filmów do europy dopóki nie dowiedziałem się, że powodem są koszty kręcenia w dużym jabłku. ale mistrz wynagrodził mi to odkryciem scarlett johansson. no i w końcu wrócił do swojego miasta.
eddie vedder to poza bobem dylanem i johnym cashem człowiek, który powinien być synonimem amerykańskiej poezji drugiej połowy XX wieku. nie jestem teoretykiem literatury, specjalistą od liryki, więc nie będę pisał o tekstach eddiego zbyt wiele. ale uważam, że stanisław barańczak powinien przetłumaczyć go w całości. nie chodzi o grunge, bo eddie wypłynąłby bez tej fali. podobnie jak cobain. miałem niesamowite szczęście będąc kajtkiem w okresie burzy hormonów poznać pearl jam (i arrested development, hehehe). dwa razy w życiu słyszałem baryton eddiego na żywo i wierzę, że nie po raz ostatni. a sam eddie muzyką do "into the wild" pokazał, że ma jeszcze wiele do zaprezentowania. a mody niech przychodzą i odchodzą.


na sam koniec wymienię li tylko kurta. starego piernika kurta już nigdy nie spotkam. łajdak spadł ze schodów w swoim nowojorskim mieszkaniu 11 kwietnia 2007 roku i duch z niego uciekł. twórca pstrąga zabijuchy, który jadł zamrożone borówki z krzaczka w szwecji, jako młody gnojek przeżył w obozie jenieckim bombardowanie drezna i potrafił zadać ważne pytanie günterowi grassowi w autokarze podczas wycieczki organizowanej przez pen club. ktoś może powiedzieć, że 14 lat to ciut za wcześnie na jego książki, ale tedy odeślę do jagienki i galeja, którzy podobnie jak ja umierali w podstawówce ze śmiechu, czytając "rysia snajpera" (rudy waltz! rudy waltz!). i z kurtem dorastaliśmy, aż dotarliśmy do "trzęsienia czasu" i opowieści killgore'a trouta:
"Kobieta była wdową. Kiedy poszła po ubranie męża, uciekinier rozebrał się do naga. Zanim zdążył się ubrać, policja zaczęła walić w drzwi pałami. Facet ukrył się na krokwi. Gdy kobieta wpuściła policjantów, jego ogromne jądra zwisały w pełnej krasie... Policja zapytała, gdzie jest uciekinier. Kobieta odparła, że nie wie, o kim mowa. Któryś z funkcjonariuszy zauważył zwisające jądra i zapytał co to jest? „Chińskie dzwonki kościelne” – wyjaśniła gospodyni. Policjant uwierzył. Powiedział, że zawsze chciał usłyszeć chińskie dzwonki kościelne.
Huknął w nie pałą, ale nic nie było słychać. Huknął jeszcze raz, znacznie mocniej, o wiele mocniej. Wiesz co wywrzeszczał uciekinier? ... Bim – bam – bom, ty sukinsynu! – wrzasnął Pstrąg Zabijucha."

(Kurt Vonnegut jr. "Trzęsienia czasu")

Żadni amerykańscy twórcy nie sprowokowali mnie do tak wielu reakcji, nie dostarczyli tylu wrażeń, co powyżsi.
No, może poza Johnem Frusciante, ale to już historia na inną okazję.

Woody w Katowicach! O.
enjoy!

piątek, stycznia 21, 2011

...

Wiedziałem! Zawsze wiedziałem! xD

sobota, stycznia 15, 2011

bytom nie fantom

przyjemność miałem zostać zaproszonym do music republic museum
na klubu otwarcie.

w piątkowy wieczór w budynku muzeum górnośląskiego w bytomiu odbyła się zamknięta (do czasu! xD) impreza inaugurująca działalność nowego bytu na mapie muzycznej - klubu music republic museum. rozkład jazdy wieczoru był imponujący: jim dunloop, daniel drumz (!), stealpot... pierwsze skojarzenia idą ku fantom jazz club, oddalonego od opisywanego o zaledwie kilkaset metrów. na konkurencji zyskują zazwyczaj klienci; mieć nadzieję, że podobnie będzie tym razem. zresztą, od dziesięciu lat właściciele fantoma więcej czasu, kasy i energii zdają się chyba poświęcać swojemu drugiemu dziecku, czyli katowickiej hipnozie (26 lutego ghostpoet!). na szczęście. urok bytomia zamyka się w tym, że największa chołota babra się w kato i chorzowie. de gustibus non...
a ruda moja kochana klasycznie wali trupem. koniec dygresji (:

natomiast już w najbliższy piątek oficjalne otwarcie bytomskiego klubu,
a na scenie przeciwieństwo kaczyńskich, czyli panowie waglewscy młodsi oraz dj eprom.
i z pewnością będzie Goryl!



i jeszcze jedno! w sobotę 12 lutego w zabrzańskim wiatraku Eldoka.
obecny!

niedziela, stycznia 09, 2011

silesia!

wszędzie pięknie, ale gdzie najlepiej?
bla bla bla
wróciłem

władysławowo, 7 stycznia 2011 r.

piątek, stycznia 07, 2011

eskapizm to pułapka

zrobiłem dzisiaj parę ciekawych rzeczy i jeszcze więcej przyjemnych mnie napotkało. ale też dzień zaczął się wcześnie. zerwałem się o 5.12, przedefilowałem po totalnej szklance na dworzec, i o godzinie szóstej wysiadałem już z skm'ki w gdyni. potem dwa papierosy na stanowisku pks i o 6.45 wyjeżdżałem w stronę pucka, by ostatecznie wysiąść około ósmej rano na przylądku rozewie.

dalej się w Polsce nie da. przynajmniej na północ. zszedłem lasem z klifu na czubek ojczyzny i wyrzuciłem na tym krańcu z siebie całe gówno, które ciążyło. czynność, choć prędzej sprawiała wrażenie trudnej w realizacji, udało mi się wykonać nadzwyczaj lekko i bez sentymentów. na rozewiu więc zostawiłem wszystko, co przestało mnie interesować, i tam odsyłam ciekawskich. koniec tematu.

przed świtem - jeszcze w sopocie - skleroza sprawiła mi niespodziankę na cały dzień. po pierwsze: zapomniałem zabrać telefon z ul. parkowej (zegarek!). po drugie: nie wziąłem ze sobą parawanu (i tak pewnie nikt nie ma). cały dzień płynął więc w przyjemnej niewiedzy. z rozewia ruszyłem dziewiątym europejskim szlakiem pieszym.



przez dziewięć kilometrów plaży nie miałem okazji spotkać kogokolwiek; zresztą - po dotarciu do władysławowa wydawało mi się, że idę przez miasto upiorów. nie lepiej było później. minibusem śmignąłem przez cały półwysep prosto na hel, żeby po wtóre stanąć na końcu RP. na helu pozwoliłem sobie jeszcze na świeżego dorsza w restauracji przy porcie i.. z powrotem do gdyni, a potem zoppot..

nigdy tak szczegółowo nie rozpisywałem się nad biegiem dnia, ale i dzień wyjątkowy. na dodatek jutro czeka mnie powrót do domu. ostatni raz w domu byłem w ubiegłym roku xD
jeszcze tylko kawa u pani hani jutro na anioł pański!



i jeszcze jedno. nie warto uciekać. warto iść.
przed siebie.
bez nerwowego oglądania się w tył.

czwartek, stycznia 06, 2011

paranoja..

ten tekst powinien przeczytać każdy. a adresatów jasno określa pierwszy wers wiersza adama ostrowskiego. brakuje tylko słowa ike(j)a
xD

Adam Ostrowski
"Ty sobie możesz"
from LP "Ja tu tylko sprzątam"
Asfalt Records, AR-C65 (AR-C65ES)



"Siemano pokolenie zatrute komercją
Nie ma jak uderzenie w łeb otwartą ręką
Tak na wytrzeźwiej to mój hardcore i tempo
Lepiej siedź w domu, bo cię okradną na zewnątrz
Nie włączę radia, w Nokii bateria padła
Od szlagierów co od wieków podchodzą do gardła
Dosyć mam gwiazd tych, ej, choćby jedna spadła
Nie życzę źle wam
Tylko jak włączę TV to bym was kurwy powystrzelał
Wolę relaks, co mam szukać atrakcji?
Wybacz, nie błyszczę jak peruka Rosatti
Nieważne jak, co, gdzie i z kim ty
Dziwki, alfy, gin i drogie aktorki za tanie drinki
Wiesz, to coś jak burdel tylko musisz być kimś
W rodzaju pajaca z muzycznej jedynki
Co to za playboy? co ma ziomek łupież?
Jeździ Porsche w teledysku, na co dzień Maluchem
Jestem za stary na czary i show-biznes
Ty lepiej wyłącz telewizję


To nasze gwiazdy, jak tylko zechcesz
Możesz je słuchać, oglądać, jebać za bezcen
Na tym polega to miejsce tu przede wszystkim
Nie masz talentu? możesz pokazać cycki

Kiedy swój ulubiony winyl w ręce trzymam
Ktoś ma na dyskach ulubione 500 giga
Muzyki nie będzie...
Wsadź se w dupę ten jebany Internet


Chociaż mam Złotą Płytę nie żyję jak Bóg
Bym jej nie dostał tylko ktoś obniżył próg
Znów życia ironia
Złota płyta po piętnastu tysiącach
Wyróżnienie jak pracownik miesiąca
Chcesz tej komercji? Rubika, Ich Troje?
Fryty, Kombi, Mandaryny i uOrkiestry Golec?
Wybacz, nie mogę tego gówna znieść
Co druga sztuczna gęś, salony, futra, seks
Tak sobie myślę teraz, że ja nawet nie chodzę do fryzjera
Jak żul się ubieram, mam się czuć gorszy?
Brat, wręcz przeciwnie
Jebać silikon i każdą w telewizji pizdę
A kiedyś czar pryśnie i zniknie ten pastisz
Sztucznych osobowości z tyłkiem po operacji
To nasz gwiazdy? Zabierz ty je wszystkie
Chcę prawdziwej muzyki zamiast agencji towarzyskiej"

środa, stycznia 05, 2011

PKP

rozwinięcie tej znanej wszystkim Polakom abrewiatury jako: "Pięknie, kurwa, pięknie" po projekcji poniższego filmiku wydaje się niesamowicie trafne (: enjoy!



gorące pączki z truskawkową marmoladą
na skrzyżowaniu świętojańskiej i dziesiątego lutego
wciąż w cenie;
morze coraz zimniejsze,
niebo coraz jaśniejsze,
wiosna coraz bliżej.
wyżej nie skaczę - cierpliwie
bo wiem.

(dziesiątego lutego ubiegłego roku
w programie trzecim
polskiego radia, w przeddzień
tłustego czwartku,
redaktor bugalski rozmawiał
z piotrem sommerem
o jego świeżo wydanym
przekładzie "kolejowych dzieci"
heaneya).

i płynąłem
rawą na urodziny
miastu.

poniedziałek, stycznia 03, 2011

roman i francuskie gimnastyczki

[tekst]

towarzyszący mi od sierpnia w podróżach bałwan Roman Bonhomme, który mojego pradziadka Teodora poznał pod Verdun, przekroczył dzisiaj kolejną granicę przyzwoitości dla swojego wieku i urwał się, kiedy przechodząc rano na wspólnym spacerze z Kajetanem Lwem (w wózku) i Sandrą pod sopockim Grand Hotelem dojrzał autokar reprezentacji Francji w gimnastyce sportowej. ale kiedy ma się na karku trzy jedynki - człowiek korzysta z każdej sekundy życia (dureń nie wie wciąż o tym, że połapałem mu dodatkowe parę dziesiątek).

sobota, stycznia 01, 2011

happy new fear..

nareszcie! na żaden nowy rok nie czekałem tak niecierpliwie. jeszcze w wieczór sylwestrowy w sopockiej kuchni sandry i łukasza próbowały dorwać mnie upiory za pomocą kulinarnego symbolizmu, szybko jednak użyłem artefaktu w postaci porto - duchy przeszłości pierzchły, korzystając z cieniutkiej szparki między kominem a krokwią i odleciały nad zatokę, przybierając bliższą im w formie mewę (sic!).
jestem od sylwestrowej nocy bardzo ostrożny i dotychczas udało mi się uniknąć choćby najmniejszego postanowienia noworocznego (będę częściej sprzątał łazienkę, nie będę straszył własnej kotki chińską restauracją, będę jadł śniadanie w domu przed wyjściem do pracy). nie skompromitowałem się też większymi (wracając z gruzji pojadę przez istambuł, suczawę i przemyśl, zarobię siedemdziesiąt tysięcy złotych do końca roku, zrobię prawo jazdy). Pokorę przekuję w działanie, ale tradycyjnie do 17 stycznia nie postanowię nic!

w sopocie zimno, aż przyjemnie. po ulicy parkowej nie defilują bikini (tu akurat: szkoda) ani owłosione klaty ze złotymi ketami. bryza zatoki jest czysta, nieskażona goframi, kebabami (tu też mamy turków bez korzeni) i rybą (rybom wybaczam - wiele z siebie dają, deklarując się w panierkę). no i można palić na plaży!

a tak na nowy rok, dla pesymistów i optymistek, upiorów i onirycznych kochanek, konduktorów i obłędnie kuszących kelnerek, coś na szwedzką nutę.

poniedziałek, września 13, 2010

new post

środa, maja 19, 2010

alea iacta est

motyla noga, żesz w Kurpie..
wały walą wolę, woda wodzi wodza, noga naga nagania precedensy
konstytucjonaliści piszczą z radości,
a pismaki radośnie cytują konstytucję

.mimo ulew sopot słoneczny
.mimo ulew słońce za horyzontem
bo jutro radość w usc


a z okien "takich, że oglądam świt nad miastem" spływają
z wodą rawy wszystkie źle dobrane słowa z regałów.

czas na rewizję literatury,
czas lichą lekturą rozpalić w domu (:
i nuty!

wiosny
...poniżej!

gdyby każdy kraj dorobił się takiej
na swą cześć pieśni jak islandia od
Björk Guðmundsdóttir
ech!




a 5 czerwca w mega
LIRYCZNE WYSUBLIMOWANE CHAMY (:

piątek, kwietnia 16, 2010

niy klapło

w tumanach pyłu z eyjafjöll (nomen omen 1666 m n.p.m.) rozrzedza się atmosfera ojczyzny. społeczeństwo zadaniowe z dnia na dzień coraz bliżej upodabnia się do orwellowskiego świata. fej-zbuki palą wosk binarny albo korzystając ze swej
władzy absolutnej klawiatury jadem jadą.
filozofowie nie stracili w tej narodowej martyrologii umiłowania do nauki
i przypominają, iż mitologizowanie działań i ludzi, które nie miały miejsca,
zbliża do załamania podstawy etyki. przez cztery lata elektorat świętej pamięci profesora działał w konspiracji - nikt nie chciał przyznać się, że głosował.
od tygodnia odnoszę wrażenie, że ktoś sfałszował wybory,
a nieszczęśliwym zbiegiem uśmiercony wygrał w cuglach
w 1. turze osiemdziesięcioma paroma procentami co najmniej.

ani mnie to ziębi, ani grzeje. mój "nadbalast" empatii pozwala mi przeżyć
katastrofę bez klikania, wystawania w kolejkach i wykrzykiwania haseł i opinii,
które nijak mają się do mojego światopoglądu, ale które dobrze teraz mieć na ustach. szkoda jak jasna cholera tylu profesjonalistów , szkoda ludzi tak jak każdego człowieka, któremu raz Najwyższy dał tlen w płuca.

i nagle wszyscy zauważyli patriotę. a jak mógł nim nie być?
poza tym bardzo zgrabnie - w przeciwieństwie do mojego chaosu słów - wyraził się nt. vontrompka.
a dzisiaj piątek; w krk malują trawę i prostują drogi, maluczcy truchleją w skojarzeniach apokaliptycznych, a my po pracy ładujemy się do danielki. ten łykend w miejscu, gdzie komórki nie mają zasięgu, nie ma telewizora i netu będzie więc jeszcze atrakcyjniejszy (: za to mamy piec kaflowy w kuchni, potężne dwa gary, gdzie od wczoraj robią bigos i żur na czterdzieści pysków i mamy TO - ot, tak - tak!

chwała poległym żołnierzom!



kochany kraj.
"naród dobry, tylko ludzie chuje". j. piłsudski.

równie udanego wszystkim
ęhę (:

poniedziałek, kwietnia 05, 2010

świę świę i po świę



kolejny remake śmierci i zmartwychwstania zakończył się pomyślnie.
święta przepłynęły bezboleśnie i w śmiechu. to zresztą dało się zauważyć
od sobotniego poranka; atmosfera i wydarzenia wielkanocnych na frynie
zawsze były zapowiedzią sezonu pod chmurką. czasy się już skończyły, ale coś pozostało. i ogólnie fest rodzinnie,
a wszyscy się pozjeżdżali, aby skończyć w umówionych miejscach
w umówionym czasie. relaks co 14, 20 minut.
niestety, wystające z koszyków ze święconką bilety na mecz nie zagwarantowały zwycięstwa ruchu nad śląskiem wrocław (remis 0:0), ale widok w kościele był kapitalny (:
li tylko miś stwierdził, że należy czerpać z okazji i zawinął na easter holiday do barcelony.

tę dobrą atmosferę powinno się trzymać w słoikach i tłuc na głowach hien energii.
sandra i łukasz popełnili nawet świąteczną animację, która do zobaczenia poniżej.


po czterdziestu siedmiu dniach bezmięsnych (poza dyspensą śniadaniową warszawską) surowa szynka i inne wędliny smakują jak te z opowiadań simony popescu
a rosół nabiera cech nektaru. trzeba było ostrożności, żeby nie przesadzić.

poza tym powietrze już wiosenne. dobrze się biega.
a nuti poszła na imprezę do wdowy
i została różową rakietą, ha ha ha ha xD

skończyłem odessa transfer i chyba szybko wrócę do wyrywkowego czytania tego zbioru. rewelacja, a i nie to moje ostatnie słowo tutaj o tych reportażach. a z rzeczy nowych - w końcu dorwałem "piątą stronę świata" (znak, 2010), prozatorski debiut osiemdziesięciojednoletniego (!) kazimierza kutza.
i zauroczyłem się

czwartek, marca 25, 2010

gutek - pan ziarenko!

na takiego niusa warto czekać cierpliwie! panie i panowie,
lejdis und dżentelmen! pan wu, walczykiewicz błażej aka gutek
w dniu wczorajszym został wicemistrzem POLSKI baristów w kategorii
cup tasting!

same wykrzykniki cisną się na zdania! radość wielka, kiedy informacja ta dotarła do mnie bezpośrednio z warszawskich targów żywności,
na których owe zawody się rozpoczęły i trwać będą do jutra. dzisiaj
rozpoczęły się półfinały mistrzostw polski baristów, w których gutek
również staruje wraz z kolegą i koleżanką (drużynowo - silna reprezentacja palarni kawy IPANEMA z gdyni, miasta z morza
i marzeń). mam nadzieję, że dzisiaj gładko przejdą przez półfinały.

a finał mistrzostw już jutro podczas ostatniego dnia targów; relacja
z tych elektryzujących zmagań kawoszy już w niedzielę.
tak więc dzisiaj pakuję plecak i jutro o 4.20 (sic!) rano
w pociąg pospieszny from kace to wwa.

nuti i piotrula uprzedzeni o wizycie pana farbka,
więc drżyjcie łazienki, drżyj stolico. rano jeszcze przeprawa
na okęcie do lekarza, bo młodej się zachciało zapalenia oskrzeli.
stay tuned g. people!

ha! gutek rulez, a kosmata u jego boku pewnie się lansuje xD

niedziela, marca 14, 2010

muzycznie!


dokładnie dwa tygodnie temu miałem przyjemność uczestniczyć - dzięki uprzejmości kamiego, doni i jej rodziców - w dość egzotycznym wydarzeniu muzycznym,
jak na polskie warunki. w najfajniejszej restauracji, takiej z domową atmosferą, a dokładnie w starym domu w domecku pod opolem, zagrali na jednej scenie bernard fowler, stevie salas, jara harris i dave abbruzzese. na dobrą sprawę nikt nie skojarzy nazwisk.



kiedy jednak napiszę, że pierwszy od początku lat 80. ubiegłego stulecia uczestniczy w nagrywaniu chórków na wszystkich płytach the rolling stones i był wokalistą dwóch solowych projektów charliego wattsa, drugi notorycznie wspomaga na kocertach m.in. the rolling stones i roda stewarta, trzeci nagrywał m.in. z jamesem brownem, a w końcu ostatni nagrał z pearl jam'em płyty "vs.", "vitalogy", zagrał koncert "mtv unplugged" i utwór "state of love and trust" - naturalną odpowiedziąjest: "chcę usłyszeć!".
i z takimi słowami od listopada czekałem na koncert :)



występ był częścią europejskiej trasy wspomnianych gentlemanów. publiczności zebranej w domecku zaprezentowali dwugodzinną porcję rock and rolla silnie zaakcentowanego funky i rhytm and bluesem. bernard fowler mimo 59 wiosen na karku uwiódł Panie zebrane na sali a jego charyzma wypełniła każdy zakamarek domeckiego domu.

mnie samego przyciągnął dave abbruzzese; nigdy nie przypuszczałem, że będę miał przyjemność i okazję spotkać się z byłym perkusistą najlepszej amerykańskiej kapeli w historii (sic!). nie spodziewałem się również, że będę miał przyjemność poznać go osobiście, przywitać po polsku (sam się (w)prosił) i wytłumaczyć, że jak się pije wódki kieliszek a ma się nogi dwie, to i po drugi należy sięgnąć.

ponadto dave i stevie salas dowiedzieli się, że ta słodka wódka jest "gorzka", a ta z kwadratowej butelki jest najlepszą produkowaną z kartofli aka ziemniaków.
więcej panom nie serwowałem, bo byłoby niegrzecznie, a poza tym zostali porwani
do domeckiej kuchni i tam pan janek pewnie wtajemniczył ich dalej
w ..kuchnię polską (:

szpaku, z którym miałem przyjemność w ten niedzielny wieczór pod opole pojechać, zrugał ponadto steviego salasa, kiedy ten próbował mu wkręcić, że nagrywał z milesem davisem. szpaku nie dał się ogadać i wytknął mu! speszony był murzyn, speszony (:

z aktualności:
o dzieciakach z parkstrassy nie będę się rozpisywał. po prostu parę dni po historii nuti wracałem z pracy i zobaczyłem siedmiolatków rozpisujących kredą po asfalcie "JP" (jesteś piękna) i żywiołowo motywujących swoje działanie.

o sandrowej wystawie w następnym poście.

ruch wczoraj zremisował z polonią wwa, a rewelacyjnie polonia bytom w ten sam wieczór w stolycy nakopała legii. gdyby niebiescy pociśli, dzisiaj byliby
na 3. miejscu w tabeli. będą wyżej! mimo to przyznam, że dawno nie widziałem tak nuuudnej 2 połowy meczu jak na konwiktorskiej.

z muzyki - żyję nowym ostrym, zakochałem się w nowej płycie grabażowych strachów
na lachy (dzieło!) i kombinuję złotówki na nowe raz, dwa trzy.
a na heinekenie zagra ben harper! tak, tak, tak!
za to chłopaki z junoumi zapowiedzieli czwartą w historii składankę i zachęcam
do przesłuchania promomixa.

JuNouMi Rec. EP vol.4 promomix by groh (JuNouMi Crew)

stay tuned! bo się dzieje!

wtorek, marca 09, 2010

fugit hora

tak wiele się dzieje, że powinienem rzeźbić listę rzeczy istotnych.
te mi jednak nie umykają. niektóre wiadomości przychodzą z zaskoczenia
i są nad wyraz smutne.

ale

przy następnej okazji opowieść o wódce z dave'em abbruzzese
(pearl jam), o siedmiolatkach malujących jp kredą na parkstraße,
interwencji policji za słuchanie radiowej trójki (sic!),
i pierwszych przygotowaniach do zdobycia zimowo/wiosennego masywu Ślęży, i niedawno otwartej wystawie prac plastycznych sandruli w gdańskiej bibliotece.

a propos wczorajszej świeckiej hałtury
dnia kobiet (ja tam codziennie Wam życzę)
podobnie jak sapanie walentynkowe (:
jesteśmy słowianami i wszystko zamyka się
w nocy kupały.
no!

niedziela, lutego 28, 2010

kulturalny schyłek zimy


Już dziś na www.ostr.tv premiera nowego klipu O.S.T.R. "Śpij spokojnie" autorstwa Michała Rułki.
Ta fabularna etiuda to efekt pracy licznej ekipy współpracowników i statystów na trzydniowym planie zdjęciowym w Warszawie
i w Łodzi.

Klip promuje nowy album O.S.T.R. Tylko dla dorosłych, którego premiera miała
miejsce 26 lutego. To już jedenasty LP OSTRego. Nic więcej nie napiszę, bo czekam na przesyłkę od Bartka i Tytusa. Jak dotrze, będą foty :) a po południu będzie można zobaczyć klip poniżej.



Nigdy nie cytowałem innych blogów, ale rano po przebudzeniu mignąłem na dziennik Nuti i rozwaliła mnie wczorajsza rozmowa z anonimowym dzieciakiem. Więc cytat!

Gdzieś w Warszawie...

"Pod blokiem dwunastoletni chłopczyk stoi z plakatówkami i maluje na drzewie napis HWDP.
Paweł: Ej młody co ty robisz? Wiesz, że takie rzeczy są karalne?!
Chłopak: Wiem.
Paweł: Wiesz że to sie zmyje z tego drzewa?
Chłopak: Wiem. Ale od czegoś trzeba zacząć."


Od wczoraj czytam zbiór reportaży "Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego". Zdaje się, że Pan Stasiuk z Wołowca znowu zorganizował perełkę. Wydany w serii Sulina o tej ciekawszej części Europy, zbiór "(...) zaczyna się w Batumi, na granicy turecko - gruzińskiej, okrąża Morze Czarne zgodnie z ruchem wskazówek zegara i kończy się u stóp Kaukazu, na najpiękniejszych ongiś plażach "sowieckiej riwiery"."

Autorami są: Mircea Cărtărescu, Serhij Żadan, Aka Morchiladze, Nicoletta Esinencu, Takis Theodoropoulos, Andrzej Stasiuk, Attila Bartis, Emine Sevgi Özdamar, Karl-Markus Gauss, Katja Petrowskaja, Katja Lange-Müller, Sibylle Lewitscharoff, Neal Ascherson.
Nie napiszę: polecam. Dopiero trzecie opowiadanie przed oczami. Przeczytam i zobaczymy :)
A wiosną stawiam na Jürgena Thorwalda. Z ciekawości.

poniedziałek, lutego 22, 2010