piątek, stycznia 07, 2011

eskapizm to pułapka

zrobiłem dzisiaj parę ciekawych rzeczy i jeszcze więcej przyjemnych mnie napotkało. ale też dzień zaczął się wcześnie. zerwałem się o 5.12, przedefilowałem po totalnej szklance na dworzec, i o godzinie szóstej wysiadałem już z skm'ki w gdyni. potem dwa papierosy na stanowisku pks i o 6.45 wyjeżdżałem w stronę pucka, by ostatecznie wysiąść około ósmej rano na przylądku rozewie.

dalej się w Polsce nie da. przynajmniej na północ. zszedłem lasem z klifu na czubek ojczyzny i wyrzuciłem na tym krańcu z siebie całe gówno, które ciążyło. czynność, choć prędzej sprawiała wrażenie trudnej w realizacji, udało mi się wykonać nadzwyczaj lekko i bez sentymentów. na rozewiu więc zostawiłem wszystko, co przestało mnie interesować, i tam odsyłam ciekawskich. koniec tematu.

przed świtem - jeszcze w sopocie - skleroza sprawiła mi niespodziankę na cały dzień. po pierwsze: zapomniałem zabrać telefon z ul. parkowej (zegarek!). po drugie: nie wziąłem ze sobą parawanu (i tak pewnie nikt nie ma). cały dzień płynął więc w przyjemnej niewiedzy. z rozewia ruszyłem dziewiątym europejskim szlakiem pieszym.



przez dziewięć kilometrów plaży nie miałem okazji spotkać kogokolwiek; zresztą - po dotarciu do władysławowa wydawało mi się, że idę przez miasto upiorów. nie lepiej było później. minibusem śmignąłem przez cały półwysep prosto na hel, żeby po wtóre stanąć na końcu RP. na helu pozwoliłem sobie jeszcze na świeżego dorsza w restauracji przy porcie i.. z powrotem do gdyni, a potem zoppot..

nigdy tak szczegółowo nie rozpisywałem się nad biegiem dnia, ale i dzień wyjątkowy. na dodatek jutro czeka mnie powrót do domu. ostatni raz w domu byłem w ubiegłym roku xD
jeszcze tylko kawa u pani hani jutro na anioł pański!



i jeszcze jedno. nie warto uciekać. warto iść.
przed siebie.
bez nerwowego oglądania się w tył.