sobota, stycznia 01, 2011

happy new fear..

nareszcie! na żaden nowy rok nie czekałem tak niecierpliwie. jeszcze w wieczór sylwestrowy w sopockiej kuchni sandry i łukasza próbowały dorwać mnie upiory za pomocą kulinarnego symbolizmu, szybko jednak użyłem artefaktu w postaci porto - duchy przeszłości pierzchły, korzystając z cieniutkiej szparki między kominem a krokwią i odleciały nad zatokę, przybierając bliższą im w formie mewę (sic!).
jestem od sylwestrowej nocy bardzo ostrożny i dotychczas udało mi się uniknąć choćby najmniejszego postanowienia noworocznego (będę częściej sprzątał łazienkę, nie będę straszył własnej kotki chińską restauracją, będę jadł śniadanie w domu przed wyjściem do pracy). nie skompromitowałem się też większymi (wracając z gruzji pojadę przez istambuł, suczawę i przemyśl, zarobię siedemdziesiąt tysięcy złotych do końca roku, zrobię prawo jazdy). Pokorę przekuję w działanie, ale tradycyjnie do 17 stycznia nie postanowię nic!

w sopocie zimno, aż przyjemnie. po ulicy parkowej nie defilują bikini (tu akurat: szkoda) ani owłosione klaty ze złotymi ketami. bryza zatoki jest czysta, nieskażona goframi, kebabami (tu też mamy turków bez korzeni) i rybą (rybom wybaczam - wiele z siebie dają, deklarując się w panierkę). no i można palić na plaży!

a tak na nowy rok, dla pesymistów i optymistek, upiorów i onirycznych kochanek, konduktorów i obłędnie kuszących kelnerek, coś na szwedzką nutę.