poniedziałek, stycznia 24, 2011

Woody Allen w Katowicach!!!

...albo kim tu jest guru, i dlaczego nie autorytet, ani idol.


nemo patiens, sini sapiens. kiedy dwa lata temu i parę tygodni wstecz usłyszałem, że pod koniec grudnia woody allen przyjedzie do warszawy razem ze swoim new orleans jazz band byłem skrajnie przygnębiony. primo: tego samego roku w lipcu byłem już w sali kongresowej razem z ekipą z Fryny na koncercie wspaniałej jill scott i nie szczypaliśmy się - drugi rząd rządził (a do historii przeszła anegdota o wedlu strzelającym z kciuka do macieja zakościelnego i natalii okruszek kukulskiej siedzących trzy rzędy dalej). secundo: bilet w strefie vip kosztował bodaj sześćset zyla, transport do warszawy to minimum sto dziesięć zyla, a bilety tańsze wyprzedano na przysłowiowym pieńku. tertio: zważając na termin występu "po świętach" oraz "przed sylwestrem i wypłatą", wyprawa musiałaby wiązać się z rozpoczęciem nowego roku 2009 z saldem ujemnym, a to nie byłoby odpowiedzialne działanie. nawet jak na mnie.
przygnębienie to wynikało z faktu, że woody wiek już swój ma i w każdej chwili mógłby powiedzieć: nie jedziemy już nigdzie grać!
nie będę pisał więc, jak czułem się dzisiaj, kiedy katowicka wyborcza napisała, że na zaproszenie biura organizacyjnego europejskiej stolicy kultury katowice 2016, w trzeci dzień wiosny, w górnośląskim centrum kultury wystąpi właśnie On.
zdaję sobie sprawę, że przez cały luty i marzec mogę jeść tylko chleb maczany w oleju rzepakowym i zagryzać żółtym serem, ale w sumie nie jest to tak tragiczna perspektywa, jak wegetowanie na polskich dyskontowych pseudozupkach chińskich. ważne, żeby kotka nie ucierpiała (mimo, że dwa razy już obejrzała ze mną "manhattan" i zasnęła zblazowana, a w ubiegłym tygodniu - kiedy zaśmiewałem się po raz n-ty w trakcie "jej wysokość afrodyta" - rozłożyła się na klawiaturze laptopa przysłaniając ekran. cała Binder.
w każdym razie: cieszę się niesamowicie i jak rozpoczynam akapit, tak kończę: nie jest mądry ten, kto nie jest cierpliwy. wierzę, że moja nauka cierpliwości pozwoli mi choć trochę być mądrzejszym. no i doczekałem się woody'ego u matki silesii. i nie graj wagnera, na Boga! xD


jeśli chodzi o drugą część tytułu dzisiejszego posta, zachowam się trochę ckliwie i pozwolę sobie przy okazji informacji o allenie stewarcie konigsbergu wspomnieć o dwóch pozostałych z trójki moich osobistych guru amerykańskiej kultury: eddiem vedderze i kurcie vonnegucie juniorze. dlaczego guru? bo zawsze traktowałem ich dokonania (a nie ich samych) jako wspaniały drogowskaz po filmie, muzyce i literaturze. bo dzieł dopuścili się wielokrotnie. w kulturach religii dalekiego wschodu guru jest światłem prowadzącym podróżnika, przewodnikiem; nie jest idolem ani autorytetem. autorytetem mi tata, idolem Bóg (a bałwochwalstwo, czyli idolatria jest grzechem). budda mówił, że słowa jego należy sprawdzać, jak złotnik sprawdza kruszec i nie jest jedynym, który ma rację.
wszyscy trzej wymienieni od dzieciństwa (podstawówki, kiedy prawie równolegle trafiłem na nich w trakcie mojej eksploracji kultury) nigdy nie mogli liczyć na moją bezkrytyczność. najczęściej jednak moje postrzeganie świata bliskie było temu, co wyrażali poprzez swoje dzieła. istotna tu jest liczba mnoga, ponieważ nie mówimy tutaj o artystach jednego sukcesu (to nie jest zarzut - harper lee i william golding są tego najlepszymi przykładami).


nie wyobrażam sobie lepszego humoru niż ten, który od kilkudziesięciu lat prezentuje woody allen; dzięki niemu platonicznie zakochałem się w nowym jorku (u scorsese już dawno byłbym trupem). oglądałem "manhattan" kilkadziesiąt razy i wciąż widzę coś fajnego - fragment ulicy, detale miasta, spacery nad rzeką hudson, kolacje w knajpach. dzięki czołówkom z filmów allena i ścieżkom dźwiękowym do dzisiaj nabardziej lubię jazz orkiestrowy, klasyczny. trudno mi było zrozumieć przeprowadzkę jego filmów do europy dopóki nie dowiedziałem się, że powodem są koszty kręcenia w dużym jabłku. ale mistrz wynagrodził mi to odkryciem scarlett johansson. no i w końcu wrócił do swojego miasta.
eddie vedder to poza bobem dylanem i johnym cashem człowiek, który powinien być synonimem amerykańskiej poezji drugiej połowy XX wieku. nie jestem teoretykiem literatury, specjalistą od liryki, więc nie będę pisał o tekstach eddiego zbyt wiele. ale uważam, że stanisław barańczak powinien przetłumaczyć go w całości. nie chodzi o grunge, bo eddie wypłynąłby bez tej fali. podobnie jak cobain. miałem niesamowite szczęście będąc kajtkiem w okresie burzy hormonów poznać pearl jam (i arrested development, hehehe). dwa razy w życiu słyszałem baryton eddiego na żywo i wierzę, że nie po raz ostatni. a sam eddie muzyką do "into the wild" pokazał, że ma jeszcze wiele do zaprezentowania. a mody niech przychodzą i odchodzą.


na sam koniec wymienię li tylko kurta. starego piernika kurta już nigdy nie spotkam. łajdak spadł ze schodów w swoim nowojorskim mieszkaniu 11 kwietnia 2007 roku i duch z niego uciekł. twórca pstrąga zabijuchy, który jadł zamrożone borówki z krzaczka w szwecji, jako młody gnojek przeżył w obozie jenieckim bombardowanie drezna i potrafił zadać ważne pytanie günterowi grassowi w autokarze podczas wycieczki organizowanej przez pen club. ktoś może powiedzieć, że 14 lat to ciut za wcześnie na jego książki, ale tedy odeślę do jagienki i galeja, którzy podobnie jak ja umierali w podstawówce ze śmiechu, czytając "rysia snajpera" (rudy waltz! rudy waltz!). i z kurtem dorastaliśmy, aż dotarliśmy do "trzęsienia czasu" i opowieści killgore'a trouta:
"Kobieta była wdową. Kiedy poszła po ubranie męża, uciekinier rozebrał się do naga. Zanim zdążył się ubrać, policja zaczęła walić w drzwi pałami. Facet ukrył się na krokwi. Gdy kobieta wpuściła policjantów, jego ogromne jądra zwisały w pełnej krasie... Policja zapytała, gdzie jest uciekinier. Kobieta odparła, że nie wie, o kim mowa. Któryś z funkcjonariuszy zauważył zwisające jądra i zapytał co to jest? „Chińskie dzwonki kościelne” – wyjaśniła gospodyni. Policjant uwierzył. Powiedział, że zawsze chciał usłyszeć chińskie dzwonki kościelne.
Huknął w nie pałą, ale nic nie było słychać. Huknął jeszcze raz, znacznie mocniej, o wiele mocniej. Wiesz co wywrzeszczał uciekinier? ... Bim – bam – bom, ty sukinsynu! – wrzasnął Pstrąg Zabijucha."

(Kurt Vonnegut jr. "Trzęsienia czasu")

Żadni amerykańscy twórcy nie sprowokowali mnie do tak wielu reakcji, nie dostarczyli tylu wrażeń, co powyżsi.
No, może poza Johnem Frusciante, ale to już historia na inną okazję.

Woody w Katowicach! O.
enjoy!